Człowiek już trochę ochłonie, opanuje rzeczywistość, a tu hop coś wyskakuje. Tak wiem wiem, jak są dzieci, to nie da się, żeby coś było raz, stałe i na zawsze. Szczególnie jak jest to dziecko, które wymaga więcej opieki. Zatem u nas znowu rewolucja w rehabilitacji. Okazało się, że Marysia ma kręcz szyi. Hmm dobrze, że znamy w końcu przyczynę asymetrii, to powinna być dobra wiadomość. I jest, tylko jak do tego dodać kiepskie wyniki tarczycy (niby też nic wielkiego), to trochę zaczyna się zamartwianie. Takie tam wiosenne smuteczki. Próbuję osiągnąć jako taki spokój wewnętrzny. Idzie mi na razie średnio…..
Jak tak się zastanowić racjonalnie, to wszystko gra, wiemy na czym stoimy, mamy rozwiązania dla konkretnych problemów, nic wielkiego i strasznego się nie dzieje.  A jednak…Jestem tym przytłoczona…
Nowa rehabilitacja 3 razy w tygodniu, stara prawie cała zostaje, choć muszę tu pokombinować, bo wraz z nowymi zalecaniami nie dodano nam więcej godzin w dobie czy dni w tygodniu. Zaczynamy też SI i hipoterapię. Ja to ja, jakoś to ogarnę, ale Mała wolałby posiedzieć w domu (mimo mega zazdrosnego brata, który dość specyficznie okazuje swoją miłość) i pochodzić na spacerki, a nie ciągle kombinezon-fotelik-samochód.
Generalnie powinnam się cieszyć i cieszę się, bo jej rozwój poznawczy, gadanie idzie pięknie do przodu (wrodzony talent, fantastyczne panie neurologopedki plus EGCG), a ruchowy przecież kiedyś osiągnie, ale jakoś ostatnio się ciut zamartwiam…
Rozkręcamy suplementowanie, od miesiąca Marysia dostaje EGCG i ProDHA, od kilku dni Nutrivene D, a czeka jeszcze kurkuma. (kończymy też drugą serię cerebrolizyny) Efekty są.

Reklamy